Dlaczego odrzuciłem 16 000zł miesięcznie

Oferta, jaką miałem podpisać wydawała się idealna. Projekt dla dużej firmy w rozwojowej technologii z obszaru Big Data; bardzo prężnie wschodzącej branży przetwarzania wszelkich danych.

 
A mimo to, nie mogłem spać.
 

Zarejestrowałem już firmę. Znalazłem księgową. Złożyłem wypowiedzenie. Planowałem urlop.
Kontrakt był w toku. Miesiąc wypowiedzenia właśnie wchodził w fazę końcową. Przestałem pełnić rolę lidera w dotychczasowym zespole. Rozpoczęło się odliczanie dni do końca.

 
Coś było nie tak.
 

Kontrakt opiewał na kwotę blisko 16 000zł miesięcznie, chociaż tak naprawdę ostateczna suma zależała ode mnie. Miałem pracować średnio 8 godzin dziennie przy stawce 100zł za każdą godzinę. W zależności od tego czy brałbym dni wolne ilość pieniędzy przelewanych na moje konto mogła się wahać od 15 000zł do 17 600zł plus VAT.

W końcu miałem przekroczyć magiczną liczbę i zostać #programista15k

Tak, wiem. To jest kwota brutto.

Tak, wiem. Niektórzy programiści zarabiają więcej, a ich wynagrodzenie 15k dotyczy już kwoty netto.
Tym niemniej w tamtym czasie było to dla mnie osiągnięcie. W przeciwieństwie do umowy o pracę, zarobek z kontraktu, odliczając ZUS, mógłbym wydać w całości na siebie i inwestycje. Zakup sprzętu, samochodu, albo szkolenia czy też udział w konferencjach, stawał się od teraz znacznie tańszy.
Powinienem czuć ekscytację. Liczyć forsę i wydawać ją w wyobraźni.

Zamiast tego były spocone ręce.
Nieprzyjemny rytm serca.

Co więcej, kontrakt był w zupełności zdalny. Nie wymagał ode mnie pracy w biurze, co oznaczało, że mógłbym wrócić do Olsztyna i wieść spokojniejsze, tańsze życie. Mógłbym jeździć po świecie, pracując w ciepłym kraju, gdy w Polsce za oknem panuje zima. Programowałbym pod palmami sącząc drinki z kokosa przez słomkę.

 
A mimo to, bałem się.
 

Warunki umowy kontraktowej w większości są proste – pracujesz to zarabiasz, nie pracujesz to nie zarabiasz. Chorujesz – to pracujesz, bo inaczej nie zarabiasz. Każdy dzień urlopu to jak podwójna strata. Bo w końcu nie dość, że nie zarabiasz, to jeszcze wydajesz.

W pracy zdalnej jesteś sam. Sam musisz sobie organizować dzień pracy, pilnować siebie. Trzeba przemyśleć czy mimo wszystko nie warto wynająć mobilnego biurka. Mieć możliwość rozmowy z innymi ludźmi, aby nie zwariować w czterech ścianach własnego mieszkania.

Tak, to mogły być przeszkody, które widziałem na swojej drodze. Jednak nie to było problemem.

5 000 000 zł Kary umownej – albo więcej

W zależności od firmy, można napotkać na różne kruczki w umowach. Zazwyczaj są to kary umowne związane z naruszeniem zakazu konkurencji. Pracowanie bezpośrednio dla firmy, do której jesteśmy kierowani przez pośrednika często jest zabronione przez okres 2 lat po ustaniu kontraktu.

Zdarzają się kuriozalne kontrakty, w których zakaz konkurencji dotyczy wszystkich byłych i obecnych klientów firmy pośredniczącej. Bywają zapisy gdzie wyjawienie informacji tajnej grozi grzywną, a definicja tajnej informacji jest tak szeroka, że należałoby milczeć mówiąc o swojej pracy.

Nie są to jednak rzeczy, których nie można przeskoczyć. Zazwyczaj firmy są otwarte na zmiany zapisów standardowej umowy.

5 milionów kary umownej w moim kontrakcie z początku nie budziło u mnie aż tak dużych emocji.

W końcu to była pierwsza wersja umowy, jaką miałem podpisać.

Firma miała swoje korzenie w UK, gdzie kontraktorzy głównie pracują w ramieniu własnych spółek LTD – odpowiedników Sp. Z o. o. Ubezpieczenie od odpowiedzialności dla takich spółek to koszt około 62 funtów miesięcznie. Zapewnia to pokrycie kosztów odszkodowania już powyżej miliona funtów, czyli wspomnianych 5 milionów złotych.

Ubezpieczeń w podobnej cenie i odszkodowaniu trudno szukać w Polsce. Zdołałem znaleźć OC do kwoty 200 000zł przy koszcie 200zł rocznie. Osoba, z którą negocjowałem kontrakt stwierdziła, że możemy zmienić zapis umowy.

Tak naprawdę prowadząc działalność gospodarczą, zawsze odpowiadamy całym majątkiem, za wszystkie wynikłe problemy. Można powiedzieć, że zapis mówiący o konieczności ubezpieczenia się do kwoty miliona funtów oraz odpowiedzialności finansowej, nie był tak naprawdę niczym specjalnym. Nie był też jakąś szczególną karą umowną. Jeżeli poprzez moje złe działania, spowodowałbym wielomilionowe straty, to odpowiadałbym tylko do tego limitu.

Chociaż nawet limit miliona złotych był dla mnie nie do pomyślenia. A kwota ta uparcie tam tkwiła i nie dawała spokoju jak kamień w bucie.

Ale to nie wszystko.

Nasz klient, nasz pan

Otrzymałem informację, że zapis o konieczności ubezpieczenia się, zostanie zmniejszony z miliona funtów do 200 tysięcy złotych. Kolejna wersja kontraktu miała za chwilę trafić na moją skrzynkę.

 
Coś mnie tknęło.
 

Przyznam, że początkowo dosyć pobieżnie przejrzałem kontrakt. Szukałem istotnych kar i zapisów umownych, które mogłyby mieć znaczenie. Nie zakładałem złej woli.

Spojrzałem do kontraktu jeszcze raz.

Termin wypowiedzenia wynosił około 10 tygodniu dla każdej ze stron. Był jednak jeszcze jeden zapis. Ten mówiący o tym, że klient może zrezygnować z kontraktora w przypadku rażącego naruszenia zapisów umowy.

Nic szczególnego, prawda? A jednak bardzo wyraźnie było to powiązane z czymś, co było określone mianem spełniania oczekiwań klienta. W przypadku ich braku, kontrakt mógł być zerwany z dnia nadzień
Co więcej, naruszyć zasady kontraktu mogłem zarówno poprzez działania bezpośrednie, jak i pośrednie. Dawało to naprawdę szerokie pole do interpretacji.

Z deszczu pod rynnę

Nowa umowa w końcu trafiła na mój komputer. Zapis o konieczności ubezpieczenia się rzeczywiście zniknął.

Wraz z nim zniknął jeszcze jeden.
Ten, który mówił o limicie odszkodowania.

Nagle z odpowiedzialności do miliona funtów, zacząłem odpowiadać do dowolnej kwoty. Nijak się to miało to oczekiwanych zarobków. Nijak moje zarobki miały się do zarobków kontraktorów w UK oraz bardzo rozwiniętego rynku ubezpieczeń, pod który ten standardowy kontrakt był pierwotnie przygotowany.

Coś zdecydowanie było nie tak.

Czego się bałem?

Tak naprawdę nie sądziłem, że kiedykolwiek, ktoś będzie żądał ode mnie tak absurdalnej kwoty. Oczywiście mogła się zdarzyć wpadka. W swojej karierze już nie jeden raz popełniłem błąd, który gdyby był obostrzony takimi zapisami, drogo by mnie kosztował.
Rozważałem różne czarne scenariusze, w których moje niedopatrzenia prowadzą nie tylko do utraty moich pieniędzy, ale również pieniędzy mojej małżonki i całego wspólnego majątku.
Gdy zacząłem się zastanawiać, aby przekształcić jednoosobową działalność gospodarczą w spółkę oraz wprowadzić rozdzielność majątkową, uświadomiłem sobie, że wszystkie moje myśli idą w zupełnie złym kierunku.

Czy naprawdę po to zmieniam pracę, aby skupiać 100% swojej energii na tym, aby uchronić się przed zagrożeniem?
Czy dodatkowe pieniądze warte są nieprzespanych nocy?

Czego się bałem?

Bałem się tego jak zapisy umowy będą realizowane, aby wymusić na mnie posłuszeństwo. Pojedyncze punkty kontraktu wydawały się zwyczajnymi formułkami. Gdy jednak zebrało je się razem, wyłaniał się tragiczny obraz.

Kontrakt mógł być zerwany z dnia na dzień. Każdy błąd z mojej strony naruszał kontrakt, a co za tym idzie automatycznie wchodziły zapisy o jego unieważnieniu oraz możliwej odpowiedzialności finansowej. Każdy z tych zapisów był jak przypomnienie – pracujesz dla nas i lepiej abyś uważał.
Byłem pewny, że całe moje marzenia o swobodzie i wolności byłyby niszczone telefonami w piątki i weekendy. Telefonami, w których słyszałbym:

– Wiesz Marcin, jest taki błąd w programie. Sądzimy, że ty go wprowadziłeś, bo wcześniej wszystko działało. Dobrze byłoby gdybyś go poprawił.

– Wiesz Marcin, naprawdę zależy nam na tym, aby to działało w poniedziałek. Poza tym wiesz, masz taką umowę. Naprawdę nie chcielibyśmy ciągać cię po sądach.

– Wiesz Marcin, klient oczekiwał od ciebie większego zaangażowania. Chcielibyśmy abyś popracował w te święta.

Czy naprawdę zmieniam prace po to, aby drżeć ze strachu za każdym razem, gdy prześlę efekt mojej pracy? Czy chce odbierać telefon i zastanawiać, co tym razem jest nie tak?

Bardzo późno zacząłem czytać opinie o firmie, która mnie rekrutowała. Prawie wszystkie potwierdzały moje przemyślenia i obawy.

Skąd takie obostrzenia w umowie?
W zależności od zlecenia, firma outsourcingowa może być zobowiązana do przyjęcia na siebie odpowiedzialności za zarówno samo dostarczenie kontraktorów, jak również za efekt ich pracy. Kontrakt potrafi być obłożony takimi warunkami jak nieprzerwane świadczenie usług na odpowiednim poziomie przez określoną liczbę kontraktorów – niezależnie ilu z nich w danym momencie zachoruje albo postanowi zrezygnować. Firmy outsourcingowe biorą na siebie to ryzyko w różny sposób, niekiedy przerzucając je częściowo na konsultantów. Mogą w ten sposób wymuszać na nich presję, do momentu znalezienia kolejnego kandydata, na przykład wymuszając niepłatne godziny w ramach naprawiania popełnionych błędów.
Nie chodzi zatem o to, że byłbym ciągany po sądach. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłoby właśnie użycie tej presji do wymuszenia wykonania dodatkowych prac lub poprawek w trybie natychmiastowym, niezależnie od pory dnia lub nocy.

Nie mając zupełnie pomysłu, co dalej, na trzy tygodnie przed końcem aktualnej pracy, powiedziałem, że nie podpiszę tej umowy.

Zawiesiłem działalność gospodarczą, która jeszcze nie wystartowała.

Nie byłem już liderem zespołu, wszystkie obowiązki zostały przekazane.

W pracy powiedziałem, że nie wezmę planowanego urlopu. Gdy mój bezpośredni przełożony dowiedział się, co się stało, zaproponował:

– To po prostu wycofaj wypowiedzenie. Ja się bardzo cieszę, że z nami zostajesz.

Kamień spadł mi z serca.

Od tamtego czasu bardzo ostrożnie podchodzę do zmian zawodowych, w których główną ideą są względy finansowe. Nawet, jeżeli nie ma pełnego obostrzeń kontraktu, warto przemyśleć, z jakimi ludźmi będzie się pracowało. Nie tylko bezpośrednich kolegów i przełożonych. Także szefów firmy, dział księgowy czy administracyjny.

Naprawdę warto być tam, gdzie jesteśmy traktowani jak ludzie, a nie jak konieczny koszt działania korporacji. Myślę, że niezależnie od zarobków, powinniśmy iść tam, gdzie czujemy, że będzie naprawdę fajnie. Jak to mawia Michał Szafrański – jeżeli coś nie jest zdecydowanym TAK, to jest zdecydowanym NIE.

Ponieważ ostatecznie nie doszło do spornej sytuacji, pozwoliłem sobie nie podawać nazwy firmy, o którą chodzi. Tak naprawdę podobne zapisy mogą znaleźć się w każdej umowie. Warto nie popełnić mojego błędu i przeczytać na spokojnie kontrakt od deski do deski. Spojrzeć na pojedyncze zapisy jak na obraz większej całości.
 
 
A jak wygląda to u Ciebie? Zdarzyło Ci się odrzucić propozycję za większe pieniądze? Co jest twoim kompasem przy takich decyzjach? Koniecznie daj mi znać w komentarzu.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Michał Szafrański napisał(a):

    Hej Marcin,

    W mojej opinii święty spokój najważniejszy. 🙂 Powodzenia dalej!

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.